Winktown

Miasto zdobyte

- Pan Talerz

GRAFIKA
Chociaż Winkowie przyzwyczajeni byli oglądać ruiny na co dzień, to jednak gruzy dawnej stolicy Imperium Tyrenckiego, zrobiły na nich duże wrażenie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do lokalnych gruzowisk, resztki miasta które według przedwojennych map nazywało się Regiomontum, wcale nie wyglądało na takie, na które zrzucono bombę atomową, zbombardowano konwencjonalnie albo chociaż użyto broni chemicznej.

- Mówcie co chcecie, ale dla mnie ono wygląda jak Winktown w niedzielę rano... - powiedział jakiś bober siedząc na burcie kutra rybackiego, obecnie awansowanego na pierwszy okręt Marynarki Wojennej Winktown, oglądając odległy o kilka kilometrów krajobraz przez lornetkę.

Przechodzący obok Yakemisa, niosący na ramieniu działko obrotowe, jakby niechcący, zepchnął futrzaka w odmęty błękitnej wody.

- My rano atakować? - zapytał się Talerza, który patrzył na Regiomontum przez lunetę.
- Bo ja wiem, czy akurat będzie kogo atakować w tym mieście... - powiedział chowając przyrząd za pazuchę swojego płaszcza. Był lekko zszokowany ale miał pewne złe przeczucia.

***

Pośpieszna narada odbyta przez radio zaowocowała decyzją: "Wysyłamy bobry na zwiad!" W normalnych okolicznościach posłano by drużynę geografów ale stwierdzono że szkoda byłoby stracić świetnie wyszkolonych zwiadowców. Bobry wydawały się całkiem rozsądną decyzją, nikt nie będzie płakał jak zginął. Dla niepoznaki dano im całkiem nowy sprzęt, prezent od wandejskich towarzyszy, specjalnie zmodyfikowane, białe pancerze 69 Kompanii Piechoty (Morskiej) Sarmackiej Armii Ludowej. Futrzaki w małych pancerzach szturmowców, z plecakami wyładowanymi sprzętem oraz naoliwionymi karabinami to była strategiczna decyzja sztabu. Kto by je wziął na poważnie i się przestraszył? A tak miały one czas na odbezpieczenie broni i wystrzelanie do nogi ryczących ze śmiechu przeciwników.

Teraz, w samym środku nocy, kilkunastoosobowy oddział przemykał w świetle księżyca od jednego śmietnika do drugiego. Nikt ich nie musiał uczyć sztuki skradania, bobry miały ją we krwi, zwłaszcza że w rodzinnych stronach często zajmowały się złodziejstwem lub uciekaniem przez rozjuszonym tłumem chcącym ich śmierci.

W Regiomontum mogły być zadowolone. Jeszcze nikt nie chciał ich śmierci, za to po drodze mijały całkiem sporą liczbę zmumifikowanych przez czas, zwłok poprzednich mieszkańców tego miasta. Gdyby miały więcej czasu, zapewne rozpierzchłyby się po okolicznych budynkach w poszukiwaniu kosztowności ale niestety, tym razem ktoś mądry wymyślił żeby zamontować im w hełmach nadajniki GPS z ładunkami wybuchowymi, dlatego też okradanie umarłych postanowiły sobie zostawić na inną okazję. Wystarczyło że zboczą z ustalonej trasy a ładunek odpalał się samoczynnie. Rozwiązanie zapożyczono od Gildii Niewolników która od dawna podobne rozwiązania stosowała w swoich obrożach dla niesfornych samundyjczyków.

Bobry otrzymały zadanie, dotrzeć do głównej agory Regiomontum. Według wiedzy sztabowców z Winktown, agorami w Tyrencji określano rynki. Jeżeli do tego czasu nikt nie wystrzela niezwykle hałaśliwych, nawet się skradając, bobrów, to znaczy że okolica jest względnie bezpieczna I można dokonać desantu wojsk.

- Starszy szyszkowy Wafel melduje się! - zaczął nadawać przez radio dowódca bobrzego komanda zwiadowczego – Informuję że dotarliśmy do celu. Straty: jeden członek oddziału.
Trzaski w radiu i głos:
- Jak zginął?
- Potknął się i wpadł do otwartej studzienki kanalizacyjnej!
W radiu zapanowała chwila konsternacji.
- A nie próbowaliście go wyciągnąć?
- Melduję że nie, bo popłyną z nurtem kanału!
- Yyyyy... - dyspozytor sam nie wiedział już co powiedzieć - Wracając do zadania. Macie dane wywiadowcze?
- Je ser! - bóbr mimowolnie wyprężył się przed radiem.
- A więc?
- Realioza wybiła wszystkich w mieście!

***

- Tak jak zakładaliśmy - podsumował raport Otto von Teller - To nie wojna ani inny naturalny kataklizm, tylko pieprzona grypa scholandzka. Zbiera straszne żniwo na świecie. Sądziłem że na Orientykę nie dotarła.
- A jednak - odezwał się milczący do tej pory doktor Karl Buthead - to choroba cywilizacyjna, która przybyła do nas z Zachodu. Nie bez powodu Winkowie ograniczyli kontakty zagraniczne. Realioza spowodowała zagładę całych narodów. W sumie nawet nie wiemy czy Scholandia była pierwsza. Pamiętacie Mikrosławię, Nordię czy Neverwerld?
- To wina otwartej polityki imigracyjnej! - wykrzyczał Tocza la Machette, znany wróg otwartych granic. - Mówiłem nie wpuszczać pimpli na Pustkowia! Teraz umrzemy wszyscy!!!
- Toczald, uspokój się. Dlatego prezydent Talerz wydał rozkaz strzelania do obcokrajowców, żeby nam żaden nie przyniósł jakiegoś syfu. Zresztą, poziom napromieniowania twojego organizmu jest tak wysoki, że nawet jak jakiś wirus się do ciebie przyczepi, to zdechnie od radiacji.
- Na serio? A to w takim razie idę się napić Uranowego przy brudnych bombach domowej roboty, mój licznik Geigera piszczał przy nich że aż miło. Na pewno odrobina więcej radów nie zaszkodzi. Zawsze wiedziałem że promieniowanie jest zdrowe!

***

Wieść o tym że Winkowie są odporni na realiozę, podniosła morale żołnierzy. Bez większych oporów zaczęli schodzić na ląd a większość z nich nawet nie zdecydowała się zakładać kombinezonów ABC, pokładając wiarę w boga Harolda Hesusa, że nie złapią żadnej choroby wenerycznej, jakże modnej w cywilizowanych krainach.

Zdobywanie stolicy byłego Imperium Tyrenckiego szło gładko. Miasto było totalnie opuszczone, nie można było nawet usłyszeć śpiewu ptaków czy też szczekania psów. Po prostu jakby w jednej chwili, wszyscy żywi mieszkańcy miasta wyparowali, z tymże że ich zwłoki leżały na ulicach i w domach. Wielu Winków było zawiedzionych że nie przeżyły żadne kobiety. Tak liczyli na darmowe gwałty.

Starym inkwizycyjnym zwyczajem, postanowiono spopielić znalezione zwłoki, dlatego supermutaki miały pełne łapy roboty, kiedy znosiły truchła na wielki inkwizycyjny stos usypany na głównej agorze. Później tę kupę zwłok miał podpalić jakiś wysoko postawiony Inkwizytor. Wprawdzie było to marne zadośćuczynienie za brak heretyków na ziemiach byłego Imperium ale póki co, Inkwizytorium musiało się tym zadowolić.

Bobry, jak to bobry, kiedy nikt nie patrzył, zaczęły rozkradać majątki martwych, zbierając jak sroki, wszystko co się świeci. Dowództwo próbowało jakoś temu zapobiec, dlatego próbowano większość futrzaków oddelegować do budowy fortyfikacji otaczających Regiomontum jednak mrowie bobrów było trudne do upilnowania.

Miasto miało stać się przyczółkiem Winków na Wyspie Tyrenckiej. To właśnie stąd a nie z Winktown, miano planować dalsze poczynania w celu umacniania władzy mieszkańców Pustkowi nad Ziemiami Odzyskanymi. Co ciekawe, mimo że Imperium nie dotknęła w żaden sposób atomowa apokalipsa, lokalne tereny bardzo Winkom przypominały ich rodzinne strony. Głównie dlatego że pod większością budynków znajdowały się piwniczki z beczkami i amforami pełnymi wina. Nie trzeba było długo czekać aż plaga pijaństwa opanuje żołnierzy.

***

Winkowi geografowie mieli niewiele wspólnego ze swoimi imiennikami z chociażby, dreamlandzkiego Królewskiego Instytutu Kartograficznego. Mieszkańcy Pustkowi mieli blade pojęcie na temat kierunków świata, potrafili się nawet zgubić na prostej drodze. Głównie dlatego że przeważnie szli po niej nieco chwiejnym krokiem. I weź tutaj zajmij się na poważnie kreśleniem map. Dlatego też, geografowie z Pustkowi pracowali dla rządu jako wysoce wyspecjalizowani zwiadowcy, opisujący w raportach to na co natrafili wędrując piaskami Patelni.

Teraz jeden z takich geografów siedział na drzewie, jadł jabłko i obserwował spotkanie pimpli odbywające się kilkaset metrów od niego. Dzięki aparaturze podsłuchowej (żółte pudełko ze śmieszną antenka podsłuchową w kształcie talerza) którą posiadał na wyposażeniu, słyszał o czym rozmawiają obcokrajowcy.

- A tutaj będą Ogrody Edenu! - mężczyzna w czarnej sutannie z czerwonymi akcentami wskazał na bezkresny horyzont przed sobą.
- Tak jest Wasze Eminencjo, już notuję - skulona postać, też w sutannie, zapisywała rozkazy swojego przełożonego.
- Tak się zastanawiam czy byłą stolicę Imperium nie przemianować na Nowy Rzym. Nova Roma! Uuuh, jak to brzmi!
- Tak jest Wasza Eminencjo, brzmi doskonale.
- Jak nic zostanę kardynałem. A jak dobrze pójdzie to za kilka lat nowym Patriarchą! - postać zaczynała snuć dalekosiężne plany.
- Tak jest Wasza Eminencjo, zostanie Wasza Eminencja.
- Wracajmy do Camp Pope, to słońce mi nie służy.
- Tak jest Wasza Eminencjo, wracajmy.

I obie postaci podreptały w stronę czarnej limuzyny która była zaparkowana w cieniu kilku transporterów opancerzonych. Geograf siedział na drzewie nawet po tym jak orszak wozów odjechał, pozostawiając za sobą ślad w postaci kumanów kurzu. Był zbyt daleko żeby użyć radia do kontaktu z dowództwem, dlatego też postanowił wysłać pocztowego alkodaktyla.. Kreślił teraz zaszyfrowaną wiadomość na zwitku papieru toaletowego o treści: Spotkałem w końcu rotryjskie świnie. Są tak grube jak mówiły raporty. Ruszyły z powrotem do koryta. Ruszam za nimi zlokalizować chlewik.

***

Bóbr który wcześniej wpadł do studzienki kanalizacyjnej i był niesiony z prądem fekaliów, wypadł kilkanaście godzin później z rury ściekowej wprost na jakąś plażę.

- W końcu wolny! - zaczął krzyczeć podskakując i próbując ściągnąć resztki pancerza szturmowca, których nie zdążył zgubić podczas szaleńczego zjazdu rurami. Na końcu ściągnął hełm - Hahahaha! Teraz spróbujcie mi coś zrobić frajerzy! - Uradowany przymierzał się już do kopnięcia białego kasku, kiedy to uaktywnił się ładunek wybuchowy zamontowany wewnątrz i rozerwał bobra na kawałki.

To był bombowy koniec historii którego nikt się nie spodziewał. Haha.

Komentarze

Numer 24

Dnia Numer 24 napisał:

Znalazłem. Kiedy pierwszy raz weszłam na stronę Pustkowi ten i Radzieckiego o zdobyciu Atlantis były na Radioaktywnych

Komentuj

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Hile Wędrowcze!

Ostatnio widziani

  • 4 nieznanych