Winktown

Wyprawa na Wschód cz. III - Wypadki w Fort Abbadon

- Numer 24

Leżałem na łóżku laboratoryjnym, byłem związany. Gry próbowałęm się uwolnić, przyszła pięlęgniarka. Podeszła do mnie i z lekkim  uśmiechem sprawdziła strzykawkę którą trzymała w ręce. Ponętnym, cichym tonem powtarzała słowa ,,Budź się". Jednocześnie wstrzyknęła mi jakąś zieloną substancję. Następnie zaczęła podciągać do góry swoją spódnicę. Nie przestając powtarzać słów ,,Budź się" z podwiązki wyjęła mały nóż. Nagle jej miły i cichy głos zamienił się w krzyk, jej uśmiech w grymas wściekłości a nóż wymierzyła w moją stronę. Krzycząc ,,Zbudź się" zadała mi cios. A przynajmniej tak mi się wydawało...

Obudziłem się z tego koszmaru. Ale czy na pewno to był koszmar? Czy może retrospekcja z mojego starego życia? Nie ważne. Miejsce gdzie się obudziłem nie napawało optymizmem. No może troszeczkę...

Miejscem gdzie się znajdywałem była dość duża arena. Prostokątne pole było wypełnione piachem, małymi stertami złomu oraz kilkoma świerzymi trupami. Na trybunach zasiadał wieloraki tłum. Można było tam znaleźć i pojedynczych Strażników Pustkowi, i oddział Wandusów. Jednak w większości byli to lokalsi niepowiązani z większymi frakcjami.

Gdy dochodziłem do siebie ze specjalnie wydzielonego stanowiska padł strzał. Motłoch uciszył się. Oto pojawił się lokalny watażka, lekko gruby ze złotymi łańcuchami i bobrzym futrem. Obok niego z upuszczoną głową na łańcuchu kroczyła jego niewolnica w złotej przepasce biodrowej i kamizelce zakrywającej biust. Tuż za nimi małymi, szybkimi kroczkami szedł chłopiec w obdartych spodniach,  z metalowym łańcuszkiem na szyi.

Watażka mimo wzbudzającego szacunek ,,dworu" miał coś, przez co mnie krew zalewała. A konkretnie sukinkot miał moją katanę. Wyciągnął ją z pochwy i wymierzył w stronę chłopca. Zatrzymał się tuz przy szyi młodego. Ten ledwo powstrzymał łzy i zaczął recytować:

,,Oto pan Mahaszir bin Yavin,

Co ma władzę od Pani Kalinin,

Zaprasza was na igrzyska,

Gdzie krew obficie tryska.

Bawcie się, bawcie ludzie,

Zapomnijcie o bólu i głodzie,

Spójrzcie na dzielnych wojaków...

Zdegradowanych do nędznych robaków"

Widać było że ostatni wers wymyślił ledwo, a gdy mu się udało był niezwykle z siebie zadowolony. Watażka chyba też skoro schował moją kradzioną broń. Tłum zaczął wiwatować.

Po oddaniu kolejnego strzału watażka zwany bin Yavin wyszedł na skraj trybuny i spojrzał na uzbrojonego człowieka stojącego w rogu areny. Ten otworzył bramę z której wyszło 16 nieuzbrojonych mężczyzn. Gdy Ci podeszli do mnie zobaczyłem bandę przestraszonych ludzi, prawdopodobnie porwanych cudzoziemców. Przyszedł strażnik. Zaczął nam mówić reguły zabawy:

,,Na arenie ukryta jest broń którą macie się pozabijać. Ostatni żywy dostanie wolność i nagrodę. Turniej zaczyna się gdy padnie strzał. To tyle, frajerzy..."

Po chwili, nadal się śmiejąc odszedł do bramy i strzelił.  Jeszcze nim to zrobił omiotłem wzrokiem pół areny i przy zwłokach zobaczyłam rewolwer. Szybko pobiegłem do niego ale ktoś był pierwszy. Wycelował we mnie i krzycząc coś po Surmalajsku pociągnął za spust. Coś mu się nie udało. Broń eksplodowała a ja miałem jedynie klika zadrapań. Mimo pozbycia się jednego pozostali jeszcze Ci którzy nie zabili się w pierwszej minucie walki. Rozejrzałem się wokół. Jeden wbił gwóźdź w oko innemu, kolejny bez opamiętania walił w trupa przerdzewiałą rurą. Ktoś przy siatce miał nawet dobry karabin, lecz po chwili strzelił sobie w słaby mentalnie łeb. Kto tych ludzi zatrudniał!? Menele spod ,,Różowego" bili by się w ciekawszy sposób. Gdybym siedział na trybunie zarządałbym zwrotu kapsli.

Zacząłem biec do karabinu i samobójcy gdy oberwałem czymś w łeb. Upadłem na ziemię. Zobaczyłem Samundyjczyka. Po gniewnych oczach było widać że wojownik. Miał mi zadać śmiertelne pchnięcie nożem, gdy rozległ się kolejny strzał. Tłum wpadł w panikę. Na trybuny wpadli ludzie z bronią w ręku którzy zaczęli strzelać w stronę bin Yavina i jego ludzi.

Wykorzystując zamieszanie walnąłem Samundyjczyka w głowę kawałkiem blachy. Nasze połorzenie zmieniło się o 180° i teraz ja trzymałem nuż na jego gardle. Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Rzuciłem nóż obok niego mówiąc ,,Wynoś się stąd jeśli chcesz żyć". Pobiegłem w stronę trybuny honorowej. Miło że mnie nie trafił w plecy.

Watażka przegrywał. Zostało mu kilku ludzi gdy wskoczyłem na trybunę pozwalając jednego z agresorów. Krzyknąłem do niego ,,Daj mi miecz!". On nie słuchał, patrzył na mnie ze strachem. Przywaliłem kolejnego i powtórzyłem ,,Dawaj ten cholerny miecz! " Tym razem posłuchał i rzucił mi ukochaną broń. Szybko wykonałem pchnięcie w jego stronę. Ostrze minęło go pod pachą. Skamieniały bin Yavin odwrócił się do tylu. Jego nałożnica, która trzymała nóż w ręce wymierzoną w niego, stała unieruchomiona. Przebiłem ją ostrzem w brzuchu. Szkoda, ładna dziewczyna którą swoją śmiercią dała mi przepustkę na dalszą podróż padła na ziemię. Zwróciłem się do bin Yavina.

- Jak stąd wyjść?

- Pod tamtą skrzynią jest dodatkowe przejście - odpowiedział. Od strony głównych drzwi słychać było wrzaski wrogów więc odpadało.

Przez skrzynię ja, bin Yavin, chłopiec i 2 ludzi wyszliśmy spod straganu po drugiej stronie drogi. Na zewnątrz czekała na nas spora grupa ludzi Yavina którzy wycelowali we mnie broń. Rozlew krwi powstrzymał sam watażka który wyszedł przede mnie krzycząc ,,Spokojnie! To przyjaciel!". Ludzie opuścili broń. Po chwili dodał ,,Biała Kobra zaatakowała Arenę. Nie brać jeńców". Gdy oddział uderzył na arenę, ja wraz z Mahaszirem bin Yavinem wsiedliśmy do przerobionej czarnej wołgi. Kierowca dostał rozkaz aby jechać do domu Mahaszira. Można było w spokoju dowiedzieć się czegoś więcej...

Podczas rozmowy zostałem potraktowany jakbyśmy się znali od lat. Dowiedziałem się że Annie raczej nie ma już w Abbadon. Prawdopodobnie wyruszyła gdzieś na północ wraz  z karawaną łowców niewolników. Ja spałem 4 dni więc nie ma szans abym ją teraz dogonił. Szczególnie że po tym wszystkim byłem dość wyczerpany. Biała Kobra natomiast był kartelem przeprawiającym ludzi przez Daughnay River walczącym z Fortem Abbadon.

Wyruszyłem następnego dnia. Na odprawę dostałem motocykl, 2-dniowy zapas benzyny, 2 pistolety i ostrzeżenie. Konkretnie gdy wsiadłem na motor nadzwyczaj serdeczny Mahaszir złapał mnie mocno za ramię i z poważną miną rzekł ,,Uważaj! Wschodnie Pustkowia to na zachód. Tam nie rozpoznasz z daleka czy Wandus, Robot lub Inkwizytor. Tam robi się wszystko dyskretnie. Władzę ma Syndykat. Jest tak silny że ludzie zaprzeczają jego istnienia i nawet władze w stolicy nie wiedzą kto stoi na jej czele. Bądź ostrożny i patrz komu nadepnąłeś na odcisk nim się zorientuję. Rozumiesz? Rozumiesz!?" Szarpnąłem ręką równie poważnie mówiąc ,,Rozumiem". Wtedy Mahaszir znów stał się miły i nieporadny jak to udaję przed ludźmi. Na koniec dodał ,,No to wyhoduj tą dzierlatke na zgrabną pannę to ją od Ciebie odkupię hahaha...".

Tego ranka moja podróż była kontynuowana. Miałem nadzieję że Annie nie wpadła w ręce tajemniczego Syndykatu. Rzeczywistość miała być jednak o wiele bardziej skomplikowana...

C.D.N.

Komentuj

Zaloguj się aby dodać komentarz.

Hile Wędrowcze!

Ostatnio widziani

  • 3 nieznanych